Autokompromitacja mainstreamu i środowiska dziennikarskiego była gremialna – i widoczna na kilku płaszczyznach. Tym, co można było zauważyć od pierwszego momentu po katastrofie, był strach przed rozliczaniem odpowiedzialnych za wizytę Lecha Kaczyńskiego w Katyniu i stworzenie warunków, w których tragedia ta była możliwa. Lęk podyktował lansowanie hasła „bądźmy razem”.

To stanowiło pierwszy odruch postkomunistycznego układu medialnego – uciszyć nastrój rozliczenia winnych. „Bądźmy razem” powtarzane na okrągło przez telewizję miało dawać ułudę zjednoczenia ze wszystkimi – także z tymi, którzy – jak Donald Tusk na życzenie Putina – odpowiadali za rozdzielenie wizyty prezydenta i premiera. Pamiętam ten nastrój z TVP, zarządzanej wtedy wprawdzie przez śp. Andrzeja Urbańskiego, ale wciąż z ogromną, faktyczną władzą postkomunistycznych dziennikarzy i redaktorów. Ich intencją było tworzenie przekazu wtedy z ich punktu widzenia idealnego – żadnych komentarzy, żadnych analiz tego, co się właściwie stało.

Żałobna muzyka, hasło „bądźmy razem” i nic więcej. Oczywiście to się nie udało w TVP, bo byli tam obecni dziennikarze, którzy realizowali programy nie po myśli mainstreamu. Potem niemal wszyscy w krótkim czasie stracili pracę, ponieważ wpływ na telewizję w pełni odzyskała postkomuna.

Podobnie jak wszystkie największe media, jej dziennikarze przykrywali rażącą arogancję rządu przy zabezpieczeniu tej wizyty, brak wystarczającej liczby samolotów, brak zapewnienia bezpieczeństwa na miejscu. Od pierwszych chwil platformerskie (postkomunistyczne)  środowiska medialne podejmowały działania, aby ukrywać prawdę. Obowiązywała najzwyklejsza na świecie cenzura. 

Był też inny strach – przed tłumami Polaków, którzy wyszli wtedy na ulice w tygodniu żałoby i aby oddać hołd Prezydentowi, stali dzień i noc w kolejce ciągnącej się od Pałacu Prezydenckiego przez całe Krakowskie Przedmieście aż do Kolumny Zygmunta. Ów strach (oraz zapewne najzwyklejsza chęć zysku) kazał tytułom opluwającym dotąd Lecha Kaczyńskiego i jego żonę publikować nagle – z godziny na godzinę – piękne zdjęcia obojga w specjalnych wydaniach gazet. To wtedy, pierwszy raz od lat, Polacy mogli zobaczyć parę prezydencką pokazaną prawdziwie. Pamiętam zażenowanie tą nagłą, gorliwą zmianą frontu i równoległą z nią próbę przywrócenia stanu sprzed katastrofy, czyli rozbicia wspólnoty Polaków, która wtedy się z tak wielką mocą objawiła. Udało się to postkomunie najpierw dzięki organizowaniu protestów przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu, potem przy wzniecaniu i popularyzowaniu łajdactw na Krakowskim Przedmieściu wokół ustawionego tam przez harcerzy krzyża. Bo strach przed Polakami, którzy są zjednoczeni, postkomuna ma wpisany w DNA. 

No i był strach chyba największy – przed Moskwą. Nie wiem, jak tłumaczyć to, że kilka największych tytułów od pierwszych chwil po katastrofie stało się rosyjskimi tubami propagandowymi w Polsce.

Powtarzano dezinformacje, wprowadzano podobne chwyty związane z szumem informacyjnym, wrzucano te same kłamstwa. Na ile było to świadectwo istnienia w największych mediach – z publicznymi włącznie – rosyjskiej agentury wpływu? A na ile przejaw „tylko” realizowania wytycznych ówczesnej, sparaliżowanej lękiem przed Putinem, prokremlowskiej władzy PO-PSL?

Uczestniczyli w tym dziennikarze TVP, Polsatu, TVN, radia Zet, RMF, tygodnika „Wprost”, Tok FM i wielu, wielu innych… To nie była tylko dezinformacja czy kłamstwa na temat samych okoliczności katastrofy, to była nagonka na wdowy i członków rodzin, którzy domagali się prawdy, powtarzanie za Kremlem oskarżeń wobec ofiar katastrofy i blokowanie możliwości ich publicznej obrony. W ciągu tych ośmiu lat nikt ze środowiska dziennikarskiego, powielającego rosyjską retorykę, nie powiedział „przepraszam”. A przecież chodziło nie o to, która partia czy polityk mają rację. Nie o zwykłą codzienną bijatykę medialną. Tylko o sprawy fundamentalne. O dążenie do prawdy wobec śmierci polskiej elity, o danie świadectwa.

Kilku redakcjom – tym, które najdrastyczniej wtedy sprzeniewierzyły się zasadom nie tylko etyki dziennikarskiej, ale po prostu etyki – odmawiam rozmów do dziś.

źródło: niezależna.pl/joanna lichocka