Według danych Frontexu i Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej tylko 2 proc. imigrantów, którzy docierają do Europy szlakiem śródziemnomorskim, to uciekinierzy z terenów objętych wojną. Skoro więc okazało się, że przytłaczająca większość przybyszów (zwanych uchodźcami) to imigranci ekonomiczni, Angela Merkel, a za nią europejskie elity, musiały inaczej uzasadnić politykę otwartych granic. W debacie publicznej uderzono w wysokie tony moralne. Nagle ta jawnie chrystofobiczna Unia Europejska zaczęła odwoływać się do chrześcijańskiego miłosierdzia, solidarności i odpowiedzialności za los bliźnich. W tej narracji można było wyczuć traumę związaną z poczuciem winy za Holocaust w przypadku Niemiec i odpowiedzialność za wyzysk kolonialny dotyczącą pozostałych krajów zachodnioeuropejskich. Tu jakoś nikt nie mówi, że nastąpiło przedawnienie. Skoro istnieje coś takiego jak wina obciążająca kolejne pokolenia za winy przodków, dlaczego Niemcy lekceważą nasze głosy domagające się zadośćuczynienia?

Nieważne, czy nazwiemy to reparacjami, czy odszkodowaniem, powinniśmy również uderzyć w wysokie tony. Jednak żeby nasza moralna racja została uznana, musimy przebić się z opowieścią o potwornościach okupacji, skali polskich ofiar i strat. Pierwszym krokiem musi być zdecydowana rewizja scenariusza ekspozycji Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Rezonans w zachodnich mediach, jaki wywołała zmiana jego dyrektora, może pomóc w zwróceniu uwagi europejskiej opinii publicznej na nowe treści.

Wymowa wystawy zaplanowana przez Pawła Machcewicza marginalizowała wątek polskich ofiar, rozmywając odpowiedzialność Niemców za okropieństwa wojny. Mając taki instrument, powinniśmy natychmiast wprowadzić wątek naszych strat, czyniąc z niego główną oś narracji muzeum.

źródło: niezalezna.pl/jan pospieszalski