„Gazeta Wyborcza”, usiłując uderzyć w prezesa PiS, zastosowała dokładnie te chwyty manipulacyjne, które przewidywał Jarosław Kaczyński w nagranej rozmowie, gdy tłumaczył, czemu m.in. projekt budowy wieżowca przy ul. Srebrnej w Warszawie nie może być realizowany. Bez cienia zażenowania opublikowano nawet te zdania, w których mówił o spodziewanych atakach i manipulacjach na ten temat – że to Jarosław Kaczyński buduje wieżowiec, że jest bogaczem itp. I powtarzali je politycy opozycji!

Trudno nie odnieść wrażenia, że nienawiść do PiS i jego lidera tak zaślepia redaktorów z Czerskiej, że nie są już w stanie racjonalnie ocenić materiału, jaki otrzymali od byłego prezesa Młodzieży Wszechpolskiej. To, że Romana Giertycha, z całym jego cynizmem i alternatywnym do przyjętego systemem wartości, gubi gorliwość w walce z Prawem i Sprawiedliwością, wiemy nie od dziś. Ale to, że redaktorzy „Wyborczej” też wpadli w pułapkę gorliwości, jest zaskakujące. Do tej pory patrzyłam na nich jak na zaprawionych w bojach propagandystów, znających jednak dobrze rzemiosło dziennikarskie. To, co teraz zrobili, wprawia w zdumienie – czy w tej swojej nienawiści zanurzyli się już w czyste szaleństwo?

A może mamy do czynienia z problemami w rozeznaniu rzeczywistości w związku z działaniem amfetaminy, marihuany lub ecstasy? Takie przypuszczenie nie jest wzięte z księżyca. Środki te są dostępne w Warszawie niestety dość łatwo. Niedawny skandal z opublikowaniem podsłuchów i zeznań jednego z warszawskich dilerów, który dostarczał narkotyki celebrytom, dziennikarzom i innym przedstawicielom warszawki, pokazały, że problem istnieje w całkiem niewąskiej skali.

Trudno mi do dziś wyjść ze zdziwienia po publikacji „Gazety Wyborczej”. Okazało się przecież, że ta „wielka afera” jest zapisem spotkań, z których wyłania się obraz polityka kompetentnego, z dużą wiedzą w zakresie ekonomii i prawa i podkreślającego raz po raz, że jego partia oraz powiązane z nią podmioty muszą postępować zgodnie z prawem. A towarzystwo na Czerskiej w ogóle tego nie zauważyło!

Ba, przy okazji „Wyborcza” ujawniła to, co jest tajemnicą poliszynela – ktoś, kto nie jest powiązany ze stołecznym ratuszem, nie ma możliwości uzyskania zgody na przeprowadzenie inwestycji w Warszawie. Odmowa wydania zgody na budowę wieżowca przy Srebrnej ma oczywisty podtekst polityczny i pośrednio przyznał to w tych dniach prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Wyjaśniał w TVN, że gdyby spółka Srebrna miała swój udział w takiej inwestycji, to byłoby to – jego zdaniem – zapewnienie trwałego finansowania dla działalności PiS. Prezydent stolicy ujawnił zatem, jaka jest motywacja rządzącej miastem PO: trzeba zablokować inwestycję, spółka kojarzona z PiS nie może uzyskać zgody na budowę, bo to może być korzystne dla PiS. To wyjaśnienie pokazuje, że PO z demokracją i praworządnością nie ma nic wspólnego – decyzje zapadają po uważaniu i według klucza politycznego, a nie podług prawa i procedur.

Pod rządami PO w Warszawie jest dokładnie tak, jak mówił o tym na nagraniu Jarosław Kaczyński, gdy cytował polityka PO Marcina Kierwińskiego, który miał powiedzieć: „Nie wybudujesz mi tego”. Co więcej, Rafał Trzaskowski wyjaśniał w TVN – wielu odebrało to jako kłamstwo w żywe oczy – że w tym miejscu wysokiego budynku zbudować nie można. Twierdził tak, mimo że dwieście metrów dalej takie budynki stoją lub powstają. Widać zatem wyraźnie, że mamy do czynienia z regułami działania nie państwa prawa, lecz republiki bananowej. I widzą to nie tylko politycy i dziennikarze, to także sygnał dla biznesu i inwestorów – powrót PO do władzy w kraju wróży dla uczciwego prowadzenia biznesu jak najgorzej.

Publikacja „Wyborczej” pokazała zatem kilka rzeczy naraz, które można streścić następująco: Jarosław Kaczyński jest super. Redakcja „GW” jest na odlocie. Rządy PO to bantustan. I mniej więcej tyle istotnego wynika z ostatnich działań gangu Olsena z ul. Czerskiej.

źródło: niezalezna.pl/joanna lichocka